MINICYKL "BRAMY"
Brama pierwsza
"Niebo"
Trzy miniatury literackie, połączone później w minicykl. Powstały w czasie, gdy osoba memu sercu najbliższa musiała opuścić nasze ognisko domowe. Które wkrótce po tym wygasło.
Opowiadanie dostępne również na www.opowiadania.pl
W ‘Niebie’ sparafrazowałem kilka zdań wyrwanych z tekstów piosenek
następujących artystów: Pidżama porno, Kaliber 44, Post Regiment,
Włochaty, Rage Against The Machine, 5nizza, Mano Negra, Kult. Jestem im
niezmiernie wdzięczny za ciągłą inspirację i podtrzymywanie we mnie
zdrowego obłędu, który pozwala mi wciąż zdobywać nowe nieba. Również Jackowi Podsiadło za pokazanie mi Drogi, którą można do nich dojść.
NIEBO
Znowu
upadłem. Wycieram mordą bruk, krew z rozbitego nosa zalewa szczeliny
między kocimi łbami. Jedną ręką wylądowałem w rynsztoku, drugą w psich
odchodach. Śmierdzę potem i wódą. Z okna kamienicy ktoś wylewa na mnie
pomyje, a ja wymiotuję pod siebie.
Zamykam oczy i wstaję. Nogi mi
się rozjeżdżają, nie zgadzają mi się strony. Pod powiekami tysiące
kolorowych kręgów i czwarty wymiar. Chwiejnym krokiem zaczynam
wędrówkę. Od początku. W górę i w górę, do słońca, do nieba. Uparcie
zdobywam kolejne metry. Tak jak zdobywa się kobiety – jest ciężko i
trzeba się nieźle napocić, ale sukces daje niesamowite poczucie
spełnienia. Prawie-katharsis, oczyszczona strona, jak kameleon. Wtapiam
się w barwy tła. Ze mną sowa i pies, obok wszyscy inni, którzy
przytrafiają mi się po Drodze. Towarzysze doli i niedoli. Podróżnicy
tacy jak ja - do słońca, do nieba. W górę głowy, w górę ręce. Kolejny
krok kosztuje niemało.
Nadzieja, wiara i miłość. Pierwszą żywię,
drugą mam w sobie, trzecią roztaczam wokół. Zamaszystymi ruchami
rozrzucam nasiona, sieję ziarno, obsypuję świat złocistymi drobinkami,
a te mienią się w słońcu. Każdy krok niesie pokój, wszystko błyszczy,
wszystko kwitnie. Kwitną autostrady, pomniki i dachy. Spomiędzy płyt
chodnikowych wychylają nieśmiało głowy zielone roślinki, kwitną wiśnie
na biało, brązowe kasztany spadają na ulice – istna kasztanowa powódź,
która zabiera ze sobą samochody z parkingów i autobusy z przystanków.
Tramwaje jakoś się opierają, ale chyba tylko dzięki motorniczym, którzy
z pasją szarpią swoje dźwignie w szaleńczej walce o maszyny. Walkę tę
przegrywają. Tramwaje z oleistym mlaśnięciem odklejają się od torów i
szybują ponad miastem, jak wielkie ptaki ścigają się z żelaznymi
sterowcami, gdzie władcy świata niestrudzenie przędą zdradliwe sieci
czarnej magii. Duch w maszynie, maszyna w duchu, pokój na ziemi. Każdy
jeden krok.
Nie ma drogi prowadzącej do pokoju. Pokój jest Drogą.
Spokój jest Drogą. Na Drodze spotykam ciebie. Jesteś taka sama jak ja -
też szamoczesz się w przestrzeni, nie możesz określić gdzie góra, a
gdzie dół. Nie należysz tutaj. Nie tu twoje miejsce. Otacza cię wielki
mur, czerń i biel; opętana w te kolory musisz trwać. Łapię cię za rękę
i od tej pory wszędzie idziemy razem, nic nas nie rozdziela. Dużo
rozmawiamy, nie wypowiadając wielu słów. Chodzimy nie dotykając ziemi.
Słowa jak neony unoszą się obok, a my delikatnie wodzimy opuszkami
palców wzdłuż blizn i szram, liżemy rany, zszywamy serca. Sklejamy
sens. Łamiąc paznokcie do krwi, zdrapujemy stary tynk ze ścian kamienic
i malujemy ludziom kolorowe obrazy w głowach. Bomby zegarowe w naszych
ustach bezustannie tykają, czekając na znak. Czas ucieka, goni nas
śmierć. Nasz gniew jest darem. Czarny, niemy ekran przestaje być domem.
Nasze serca uziemiają każdy zły piorun, nasze dłonie odnajdują się
pośród każdej z burz. Ujeżdżamy te burze, a dzikie błyskawice
rozświetlają noc krzykiem. Awaryjne światła gwiazd mrugają
porozumiewawczo. Kruki wydziobują martwe oczy wichrów. Obok nas,
uwiązany do ogromnego koła ratunkowego, przetacza się los.
A my
wciąż: do słońca, do nieba. Byle dalej, byle nie po trupach. Każdy krok
zbliża nas do tajemnicy. Każdy jeden niesie pokój. Noc poddaje się nam,
topnieje w oczach lód skuwający przejście. Jasny błękit twych oczu
rozświetla cyfrową pustkę, aż słońce wychodzi zza chmury, a ja ci gram
na waltorni albo może trąbie. Dmę i dmę, aż wióry lecą. I wciąż
trzymamy się za ręce.
Otwieram oczy.
Jest. Niebo. Ty jesteś.
Ja jestem. Jesteśmy. Niebo. Ryzykuję szybkie spojrzenie w dół. Wysoko.
Kiedy przeszliśmy taki kawał drogi? Do samego nieba? Białe chmury
leniwie przechadzają się szlakami wytyczonymi przez białe orły. Wokół
pachnie marcepanowo, a zachód ma kolor czerwonego wina. Słońce tu jest
wieczne. Słońce jest nasze. My jesteśmy wieczni. ¿Qué hora es mi
corazón? Tu nie ma czasu, moje serce. Czas się tu nie liczy. Tu jest
niebo.
Im wyżej się jest, tym niżej i boleśniej się upada. Ktoś
wciska mi do ręki tanie wino owocowe. Szczerzę zęby. Z drugiej strony,
myślę (patrząc na pełną do połowy butelkę), im głębszego dna się
dotknęło, tym wyższe niebo do zdobycia. Pociągam z butelki. Biorę
całkiem spory łyk, słodki płyn powoli ścieka do żołądka, po którym
rozlewa się przyjemne ciepło. Odstawiam wino na chodnik i zaczynamy
nową wędrówkę. W mojej dłoni twoja – czuję każdy nerw. Z głębi naszych
serc dochodzi przytłumione tykanie zegarów. Czekamy na znak. Cierpliwi.
Spokojni. Wokół pachnie marcepan.
Leeds, o6-25. o8. 2oo9
QuickNav:
HOME / POEZJA / PROZA / MUZYKA / FOTOGRAFIA / INNE / KONTAKT/LINKI