MINICYKL "BRAMY"
Brama druga
"Piekło"
Trzy
miniatury literackie, połączone później w minicykl. Powstały w czasie,
gdy osoba memu sercu najbliższa musiała opuścić nasze ognisko domowe.
Które wkrótce po tym wygasło.
Opowiadanie dostępne również na www.opowiadania.pl
Brama druga:
PIEKŁO
Marcepanowy zapach jest wszędzie,
wypełnia tutaj każdy atom, łącznie z naszymi ciałami. Uprawiamy
marcepanowa miłość przez pół dnia, popołudnie spędzamy leniwie
spacerując i pracowicie wymieniając marcepanowe wolne myśli. Zachód ma
kolor czerwonego wina; po chwili wstaje słońce. Bo słońce tu jest
wieczne. Słońce tu jest nasze. My jesteśmy wieczni. Czas to tylko
kolejny wymiar, pozostawiony daleko w dole, skąd przybyliśmy.
Kiedyś
dostajemy znak. Nie widzimy go, nie słyszymy, nie ma on zapachu, nie
możemy go dotknąć ani tym bardziej posmakować, ale obydwoje wiemy, ze
został nam dany. Czujemy to w sobie, to zaczyna płynąć naszymi żyłami,
w to zamienia się krew, mamy to zamiast płynów ustrojowych, każda
komórka naszych ciał i każdy neuron w naszych mózgach wypełnia się tym.
Bomby domowej roboty ukryte głęboko na dnie wciąż bijących serc
zaczynają drgać. Ich jednostajne, cichutkie, ledwie wyczuwalne tykanie
narasta.
Czas…
To teraz.
To już.
Nastał
nasz czas. Nie wypowiadając ani jednego słowa zbieramy się do drogi.
Nie mamy tu nic, prócz szczęścia, więc bez zwłoki ruszamy. Zabieramy
tylko ze sobą trochę marcepanowego zapachu w skórzanych woreczkach,
które chowamy głęboko w kieszeniach. Schodzimy z zielonych szczytów,
opuszczamy złote równiny, białe chmury żegnają nas czule, odprowadza
nas donośny krzyk orłów. Słyszymy go jeszcze, gdy wchodzimy między
metal, szkło i plastik, między wieżowce i biurowce, między machinacje i
eksterminacje, wojny i pokoje, między krew i łzy, strach i nienawiść,
przepych i pogardę, między młoty i kowadła. Skaczemy po dachach,
biegniemy przez puste parkingi, czołgamy się kanałami, ulatujemy z
dymem, spadamy w milionach kropel deszczu.
Nadszedł nasz czas. Ten
czas jest nasz! Jest nas coraz więcej, wszyscy słyszymy zew. Zbieramy
się. Są nas miliony, imię nasze Legion, a każde z nas ma w sercu swój
własny ładunek. Każde ma swój koktajl, zamiast benzyny gniew. Brudna
szmata wetknięta w szyjkę czeka na dotkniecie naszego palącego wzroku;
w naszych oczach płonie ogień zemsty. To jest nasz czas, to jest czas
ognia! Metafizyczna rewolucja, eteryczne powstanie, słońce w zenicie,
zenit w oku cyklonu, odwrotność zera absolutnego, mistycyzm przemiany.
Nasza krew wrze, hektolitry bulgoczącej gęstej czerwieni wypełniają
przestrzeń i barwią szkarłatem trzy wymiary. Powoli pęcznieją i pękają
mlaszcząc krwiste bąble, a z każdego uwalniają się molekuły żywiołu
ognia, drżące fluidy, ledwo widoczne istotki mieniące się gamą gorących
barw i pulsujące falami ciepła. Ulice zapełniają się, ludzie wychodzą z
domów, z fabryk, z biur, samochody zatrzymują się na ulicach, zdziwieni
policjanci nawet nie zauważają, kiedy kajdanki same zapinają im się na
nadgarstkach. My czekamy. Na ustach mamy jeszcze ciepłe uśmiechy.
Ludzka masa otacza nas, unikając dorastających płomyków. Górne wargi
tłumu unoszą się, ukazując ostre kły, z których powoli kapie piana.
Czekamy. Wszędzie wokół ludzie.
Bez słowa gotujemy im piekło
uśmiechając się szeroko. Widzimy wszystko. Słyszymy wszystko. Wszystko
możemy powiedzieć, znamy odpowiedź na każde pytanie. Wszystkiego możemy
dotknąć.
Nie czujemy już nic.
Nic, prócz tłustej fali gorąca,
która nagle spowija wszystko gęstą masą. Płomienie przelewają się przez
ulice zabijając winnych i spalając mrok w ich duszach. Stalowe
szkielety biurowców składają się jak scyzoryki, z brzuchatych cystern
wylewa się ropa i wsiąka w ziemię, do której należy. Wielkie, trójstope
przekaźniki radiowe łamią się jak modele z zapałek, odbiorniki
telewizyjne plują ogniem, płonie cały świat. W powietrzu topią się
majestatyczne, żelazne sterowce dostojnie szybujące ponad nami. Władcy
tego świata w panice wyskakują przez okna bogato urządzonych kabin,
zostawiając krosna, które nieustannie przędą czarne sieci. Spadając
otwierają spadochrony z czerwonych dywanów, mając nadzieję na ratunek,
ale ten nie nadchodzi. Nadchodzą za to fale wrzącego powietrza,
bezlitośnie wdzierają się do płuc, wypalając nieczyste wnętrzności tak,
że na ziemię docierają jedynie sflaczałe, martwe, nadpalone powłoki
cielesne, po to tylko, aby zaraz utonąć w płomieniach.
My mamy
uśmiechy na twarzach i szeroko rozłożone ramiona, obejmujemy cały
świat, przytulamy go i chronimy przed pożogą. Milczymy. W oczach odbija
się nam czerwień. Żadne słowo nie przedostaje się przez nasze
zaciśnięte gardła. Żadne nie przedostaje się przez zaciśnięte pięści.
Płoniemy żywym ogniem, imię nasze Legion. To jest nasz czas. Zegar na
wieży pobliskiego kościoła zatrzymuje się, a wszystkie trzy wskazówki
wskazują niebo nad nami. Jest północ.
Powoli wszystko się studzi,
krew wraca posłusznie do naszych żył, zaczyna z powrotem mozolny
krwiobieg, serca zaczynają bić żwawiej. Rozchodzimy się, nie zwracając
uwagi na zwęglony szkielet potęgi leżącej u naszych stóp ani na czarne
szkielety cesarzy, królów, pierwszych ministrów i prezydentów. Nasza
brać topnieje, rozchodzi się, wraca do swoich legowisk. Przytuleni do
domowych ognisk będą podgrzewać powoli krew, napełniać puste butelki i
podtrzymywać ogień. Będą czekać na znak.
A my? My chowamy słowa
na dno naszych serc. Zaczynają cichutko tykać. Milcząc, wdychamy zapach
spalonego Miasta. Nasze oczy spotykają się.
Umiera galaktyka obok.
Rodzi się gwiazda po drugiej stronie wszechświata.
Odwracamy
od siebie wzrok i jednakowym ruchem wyciągamy małe, skórzane woreczki z
najgłębszych czeluści kieszeni. Ostrożnie je rozsupłujemy i z troską
wysypujemy na dłonie po kilka małych ziarenek w kształcie łez.
Marcepanowe morze zalewa nasze nozdrza. Ziarenka skrzą się złociście w
pożodze. Mocno zaciskamy dłonie, żeby nie uronić ni jednego i zgodnym
krokiem ruszamy w świat, sadzić Wielki Las. Droga wiedzie zewsząd i
dokądkolwiek. Nie boimy się, znamy przecież odpowiedź na każde pytanie.
Sekundowa wskazówka zegara na wieży przesuwa się.
Wiemy: ten czas jest nasz.
Leeds, 26-28. o8. 2oo9
QuickNav:
HOME / POEZJA / PROZA / MUZYKA / FOTOGRAFIA / INNE / KONTAKT/LINKI