POPOJEDYNEK

MINIAtura

Miniatura literacka napisana w ciągu pół godziny, pod wpływem. Nagłego natchnienia oczywiście.

Opowiadanie dostępne również na www.opowiadania.pl

 

P O P O J E D Y N E K

MINIAtura


          Wychodzimy w samo południe. Drzwiczki saloonu chwilę wahają się między wnętrzem a zewnętrzem, żeby w końcu wybrać neutralność, dokładnie pośrodku. Słońce nieruchomieje w zenicie, nic nie rzuca cienia - doskonała świetlistość ulicy dodaje uroku całej scenie. Wokół jest pusto, tylko gdzieniegdzie rąbek twarzy trwożnie wygląda zza kawałka drewnianej okiennicy. Obydwaj czekaliśmy na ten dzień, nasz prywatny Armageddon. Ścigałeś mnie parę ładnych miesięcy, aż w końcu mój koń padł i ty dopadłeś mnie w tym zapomnianym przez Boga miasteczku, którego nazwy nawet nie warto wymieniać. Reprezentujesz prawo i porządek, wierzysz w sztywno obramowany, kwadratowy świat, alfabetycznie skatalogowane społeczeństwo, w gumową miłość z automatów, prognozę pogody i krachy na giełdach. Papieża Polaka, bilety z parkometrów, promocje w sklepach, nominał na banknotach i procesy sądowe. Ja wierzę w piruety metafor, w splotach włosów palce, trzydniowy zarost i tango immortale. Głębokie spojrzenia, miłość od pierwszego oddechu, myśli typu cumulus, Wolność w skrzydłach. Akrobatyczne skoki w nieświadomość, chropowatość kory drzew i w sen na jawie. W doskonałą wertykalność horyzontu.
          Stajemy naprzeciw siebie, nasze oczy spotykają się, a dłonie trzęsą nerwowo. Z twoich ust sączy się jad, tłuste krople wytapiają miniaturowe kratery u twych stóp. Samotny wiatr przetacza ulicą kulę suchych krzaków i tumani kurz, po czym znika ze wstydem, jak nieproszony gość. Gdzieś skrzypi łóżko i słychać przyspieszone oddechy kochanków. Bezruch powietrza i nieznośny skwar sprawiają, że czas zaczyna lepić się do ścian budynków.

          My też to czujemy. Czekamy.

  - Zjem cię, szeryfie – mówię i oblizuję suche wargi. – Zatańczymy? –

          Ty uśmiechasz się półgębkiem i obficie strzykasz jadem. Promień słońca kreśli sinusoidę na wypolerowanej miedzi odznaki na twojej piersi. W ułamku sekundy, nim krople koloru zgniłej zieleni dotykają brunatnej ziemi, sięgasz po broń. Wyciągasz od razu asy z rękawa, walisz we mnie serią paragrafów, dwoma arkuszami przepisów BHP i doprawiasz przechodzeniem przez jezdnię w niedozwolonym miejscu. Nauczony doświadczeniem robię przewrót w przód i trzy podskoki. Jeden z paragrafów rozcina mój policzek, gorąca krew ścieka na utytłaną błotem koszulę. W ułamku sekundy, nim krople koloru gorącej czerwieni dotykają brunatnej tkaniny, sięgam po broń. Krzyczę trzy krótkie wersy, później trzy długie i znowu trzy krótkie. Po czym szaleńczo zaczynam wirować na jednej nodze i znikam z delikatną implozją powietrza. Chwilę waham się, wybierając między wnętrzem i zewnętrzem, w końcu wybieram neutralność, dokładnie pośrodku. Ciebie trafia szlag, atak serca i dopada cię samotność. Padasz na kolana i dogorywasz. Szare chmury zaczynają płakać. Bóg kiwa ze zrozumieniem głową i wysyła oddział Apaczów, żeby rzucili twoje wnętrzności duchom na pożarcie.

          Ludzie wychodzą ze swoich szufladek, wciąż lekko oszołomieni. Gdzieś w oddali koń rży w dżdżu i drży osika.


Leeds 13-14. 09. 2009

QuickNav:

  HOME  / POEZJA  / PROZA  / MUZYKA  / FOTOGRAFIA  / INNE  / KONTAKT/LINKI